księga gości


2011
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty


pisanie do a.





2011-12-20 20:34:05
* * *
Kim Dzong Il i Vaclav Havel... Hmmm... Jakaś równowaga musi być na świecie...
Końcówka roku miała być już wreszcie spokojna. Miała po prostu nadejść i dać wytchnienie, chwilę odpoczynku przed wariactwem kolejnego roku. Wyniki, choć trudne, w zasadzie pewne i bezpieczne, zrobiona górka której sam grudzień nie może pożreć, układanie paru spraw organizacyjnych, wyhamowanie przed kolejnym rozpędem. I już pomału zaczynałem być zadowolony i spokojny.
Ale coś musiało pierdolnąć.
Jechałem sobie na służbowe spotkanie, zerkałem ukradkiem na moje ulubione służbowe nogi, w krótkiej jak zawsze sukience, które zabrałem na spotkanie z kontrahentami i cieszyłem się perspektywą całego dnia w tym przedświąteczno-spowalniająco-subtelnie seksownym nastroju, aż tu nagle sru!
Telefon od szefa odebrany w drodze i po dwóch minutach rozmowy nie chce mi się już dalej jechać. Ba, nie chce mi się już nawet przez pomyłkę położyć dłoni na zgrabnym kolanie pasażerki zamiast na drążku skrzyni biegów.
Zmienia mi się struktura w firmie. W związku z dynamicznym rozwojem przepną od Nowego Roku moją placówkę do innej strefy terytorialnej. W kierunku zupełnie mi do niczego niepotrzebnym. Nie lubiłem Warszawy jako takiej, ale... aaaa, szkoda gadać. Na zachód teraz będę miał do swojego nowego szefostwa jeździć.
A już myślałem, że niedługo na jakiejś kawie się książkami wymienię z pewną Panią. Więc chyba nie tak znów szybko może się trafić okazja... Szkoda.
Szkoda - jest zupełnie nieadekwatnym słowem do tego co mam na myśli. Ale jeśli miałbym na spokojnie spojrzeć na tę zamianę z boku, to powinienem wzruszyć ramionami i właśnie powiedzieć - szkoda.
Szkoda nawet nie tej wspomnianej, prywatnej, ale też całej masy, ogromnej wręcz masy, zazwyczaj bardzo dobrych znajomości. Znajomości budowanych przez kilka ładnych lat. Szkoda wódki wypitej w całkiem niezłym towarzystwie i żal za naprawdę dobrym szefostwem. Jeszcze się z nimi pewnie spotkam raz jeden w styczniu, ale potem już będę miał innych pryncypałów. Kurwa, tak się już wgryzłem w to fajnie i zgrabnie. Może nie było lekko, ale narzekać nie mogłem. Teraz zaczynam sobie wyobrażać to wszystko od nowa to ręce mi opadają. Nie mam ochoty. Zwyczajnie nie chce mi się zmieniać dobrego na nieznane. Może będzie dobrze, a może chujowo - tego nie wiem, ale przeczucia mam raczej kiepskie.
Niby będę dalej w tej samej firmie, ci wszyscy ludzie nadal tam będą, ale w innej konfiguracji zupełnie. Z częścią z nich kontakt urywa mi się w sumie nieodwracalnie. Najgorsze jest to, że głównie z tymi najlepszymi.
Jakoś to do mnie nie dociera. I nie mam ochoty na to żeby dotarło.
Jakbym zmianiał pracę. Będę miał zupełnie innych przełożonych, w innym miejscu, ludzi których kompletnie nie znam i nie kojarzę.
A rok zapowiada się znów trudny. Źle to jakoś wróży...

To gdzie ta równowaga w przyrodzie..?
Jakieś przeciwstawnie dobre zdarzenie?
skomentuj (0)

2011-11-28 17:28:21
* * *
Ciężkie przebudzenie po długiej nocy o dość mętnej historii. Otwieram oczy słysząc jakąś krzątaninę w pobliżu. Niemal natychmiast percepcja boleśnie weryfikuje stan odczuwany we śnie z tym co tylko wydawało mi się, że może być łagodną sobotnią pobudką, a tym co w jednej sekundzie do mnie dociera.  W głowie szumi, a zdrętwiały język odruchowo próbuje zwilżyć spierzchnięte wargi. Boli. Pierwsze przełknięcie śliny jest koszmarnie nieprzyjemne. Suche gardło wydaje się posypane piaskiem. Opadam więc na poduszkę i zamykam oczy.
- Obudziłeś się wreszcie – słyszę gdzieś w pobliżu i ten głos mnie niepokoi. Ton zwiastuje kłopoty. Więc nic nie mówię i czekam na rozwój zdarzeń.
- Pamiętasz, że jedziemy dziś przed południem? Będziesz w stanie?
- Tak. Do południa na pewno – czuję coś dokładnie odwrotnego, ale szybkie zapewnienie, że jest O.K., ma szansę dodać mi jakieś punkty na starcie. Być może będę ich zaraz mocno potrzebował – jeszcze nie wiem.
- To zbieraj się. Jest późno.

* * *

Impreza nieformalna ale w zasadzie firmowa. Chęć udziału wyraziło kilkanaście osób i tyle też się zjawiło. Miała być część „kanapowa” z alkoholem i przekąskami, a potem miała narodzić się w grupie dalsza idea na resztę wieczoru. Przewidywano jakiś klub, ale nic z tego ostatecznie nie wyszło. Podejrzewam, że chęć napicia się i oderwania od ciśnienia ostatniego miesiąca w pracy była w większości osób silniejsza niż wola skakania na parkiecie. Przynajmniej ja byłem wśród tych osób na pewno. Jadąc na obiecany i z dawna umówiony wyjazd pomału analizuję ten wieczór. Staram się nie rozpraszać i mało gadać. W głowie mam jeszcze bałagan, więc mam wymówkę do milczenia. Jadę jakimiś mniej znaczącymi drogami, żeby się niepotrzebnie nie narażać i nie pchać w duży ruch. Absolutnie nie powinienem jeździć w takim stanie. Może i nic bym już nie wydmuchał na alkomacie, ale mój stan daleki jest od tego w jakim powinien być kierowca.
Ostatni miesiąc to jedna niekończąca się masakra w robocie. Szał bez końca. Gdyby było nas o połowę więcej – wszyscy mieliby pełne ręce roboty. Ilości, presja czasu, kasy i fakt, że tak bez wytchnienia przez kilka tygodni, a do tego nieuniknione wpadki i systematyczne pioruny na głowę jak nie od klientów to od przełożonych, wyczerpują naprawdę mocno. Już kilka lat temu zrozumiałem, że problem z odreagowaniem wśród ludzi pracujących pod dużym ciśnieniem jest naprawdę poważną sprawą. Przez tydzień zarzynają się w pracy, a przez weekend upadlają się do ostatnich oznak życia alkoholem, prochami, łatwym bajerem w klubach czy gdziekolwiek indziej, żeby na trochę oderwać się i zapomnieć, bo wiadomo, że w poniedziałek będzie wszystko to samo i od nowa. A może jeszcze trudniej i gorzej. Zależnie od konstrukcji psychicznej, finał bywa różny, ale potrafię sobie wyobrazić ich motywację i potrafię przynajmniej w jakimś stopniu to samo poczuć. Chciałem się przede wszystkim napić. Klasyczne dążenie do wciśnięcia resetu i niech przegrzany system odpocznie chwilę zanim się znów pozbiera. Sądząc po innych – chyba pomysł wspólnego wyjścia był nie tylko moim marzeniem. Tym bardziej, że dawno nic razem nie organizowaliśmy, a w pracy już niektórzy jawnie skakali sobie do oczu. Czuć było ciśnienie pod niejednym deklem.
Chyba to właśnie było powodem tak odważnego podejścia uczestników. Pamiętam doskonale moment, kiedy sięgając po pierwszą przyniesioną przez obsługę butelkę wódki, i wyjmując ją niemalże z radością z pojemnika z lodem zapytałem jeszcze z troską:
- Dziewczyny, na pewno nie chcecie jakiegoś innego alkoholu? – Nie chciały.
Potem było prawie jak w piosence - było miło, wieczór płynął… tylko, że nie fanki, a my sami nalewaliśmy sobie systematycznie do szklanek. Gdzieś w rogu migotał i krzyczał jakiś popularny kanał muzyczny w uwieszonym pod sufitem telewizorze. Obsługa donosiła butelki, ubywało jedzenia. Panie przez jakiś czas piły kieliszek na dwa, nawet trzy razy i nie chciały żeby im w trakcie dolewać – tak, żeby mieć kontrolę. Z czasem kontrola zanikła. Rozmowy, śmiech – czas płynie – jest dobrze. Wesołe twarze wokoło. Kameralny zakamarek lokalu tylko dla nas. Od czasu do czasu przypadkiem się ktoś obcy przewinie i zaraz znika. Wygodne kanapy, niewielkie grono i rozmowy w coraz węższych podgrupach. Nikt już nie pamiętał o tym, że mieliśmy stąd iść gdzieś dalej, albo może pamiętał, ale o tym, że „pójdziemy później”. To nic, że już bardzo późno. Siedzimy, jest dobrze.

* * *

- Strasznie głośno gadałeś w nocy – nagłe zdanie wyrywa mnie z rozmyślań. Nagłe i znów brzmiące jakoś niemiło. Nie wiem czy lepiej poczekać na rozwinięcie, czy zapytać od razu co mówiłem. Lepiej, żeby nie było to nic co pamiętam, że mi się śniło. Krótki czas na reakcję – wolę chyba zapytać, bo i tak sądzę, że chwila ciszy to też świadome podpuszczanie dla mnie.
- Gadałem? A co mówiłem?
- No właśnie nic się nie dało zrozumieć.
- Pijany byłem, to bełkotałem coś pewnie.

* * *

Od początku wiedziałem, że wcześniej czy później wyląduję gdzieś w jej pobliżu. Oprócz tego wszystkiego co o niej wiem, i że jest to charakterologicznie chyba dokładne przeciwieństwo mojego ideału kobiety, wiem też, że jej seksualność potrafi być dla mnie obsesyjnie nieznośna. Uwielbiam jej nogi. Nogi przede wszystkim, ale nie tylko. Tyłek, ładne piersi przy drobnej sylwetce, płaski brzuch, kształt twarzy – taki jak lubię. To nie jest ideał piękna, ale to jest osoba, która jest dla mnie jak przysłowiowe ciastko do schrupania. Widzę w niej tylko walory seksualne – możliwe, że to wcale nie jest normalne. Bo to nie jest jakieś subtelne zainteresowanie, to pociąg fizyczny w najczystszej postaci. Jakiś atawistyczny, słabo poddający się kontroli i klasyfikacji prosty popęd, który nakazuje patrzeć na nią przede wszystkim jak na obiekt seksualny. Prawdopodobnie właśnie to jest powodem mojej słabości do niej, bo mimo różnych cech, o których wiem z całą pewnością, że mi nie odpowiadają, a w niektórych wypadkach są wręcz obiektywnie słabe – lubię ją.
Strasznie prymitywna sytuacja. Co gorsze, przez to, że widzę ją od ładnych paru lat w zasadzie codziennie, prześladuje mnie w co najmniej połowie moich fantazji. Trudno jest odczuwać coś takiego i nie dać przez ten cały czas nic po sobie poznać. Jednak ograniczenia i wszelkie przesłanki „na nie” są zbyt duże i zdecydowane. Zdrowy rozsądek nie ma najmniejszych wątpliwości – tu nawet nie ma co rozważać bo nic kompletnie nie ma racji bytu. Tylko co mam poradzić na to, że każdym nerwem chcę tego ciała? To uciążliwe i nader przyjemne zarazem. Bo jak można odmówić sobie przyjemności służbowej rozmowy z tymi nogami, które usiądą co jakiś czas naprzeciwko mnie i zaprzątają moją uwagę, moją całkowicie wówczas służbową uwagę nie mniej niż sedno omawianej sprawy? Płyną słowa, coś tam jest załatwiane lub nie jest, jak to bywa w pracy, a noga przełożona przez nogę kołysze się zaczepnie w moją stronę celując stopą. Nie umiem zinterpretować jej postaw. Albo za mało wciąż wiem, albo jej gesty zawierają masę sprzecznych komunikatów. Ale jednocześnie wiem, że nie ma między nami jakiegoś żelaznego dystansu. Lubi mnie. Ja lubię jej nogi, a dopiero potem ją samą i jednocześnie sam siebie nie lubię za to prymitywne i perwersyjne lubienie. Doskonale przecież wiem jaka ze mnie świnia skoro myślę głównie o tyłku tej dziewczyny jako jej podstawowym atrybucie, ale nie umiem tego obejść czy wyeliminować. Możliwe, że gdyby o tym wiedziała, obiłaby mi twarz, ale ja przecież też zupełnie szczerze ją lubię.

Jak to jest, że na początku takich imprez siedzi się grzecznie i rozmawia okrągłymi zdaniami o rzeczach może wesołych, ale równie nijakich, a potem zdarza się, że przychodzi nagle gdzieś moment – moment taki jak teraz – kiedy uświadamiam sobie, że nie tylko już dawno rozmawiamy w wąskim gronie o sprawach bardzo prywatnych, może nie skrajnie intymnych jeszcze, ale zdecydowanie osobistych, o stałych partnerach, o planach, o zdarzeniach śmiesznych, dobrych bądź złych i wreszcie tym, co jest jednym z najcwańszych wytrychów w damsko-męskich relacjach, czyli pytaniom na zasadzie – no i weź mi powiedz jak to jest skoro jesteś mężczyzną/kobietą, bo ja nie rozumiem/ja nie wiem u mojego partnera/partnerki, dlaczego jest to czy tamto.
Nie, to nie jest super poważne, to jest wszystko na wpół żartem i na wpół tylko serio. Przy śmiechu, odrobinie drwiny, kpiny, niewinnej na pozór uszczypliwostki. Ale tematy nie biorą się same z siebie. O tak, absolutnie nie pojawiają się takie rozmowy przypadkiem – dociera to do mnie jako jakaś myśl poboczna gdy uzmysławiam sobie, że wcale nie siedzę już prosto i grzecznie, siedzę otaczając ramieniem jeszcze niby oparcie kanapy, ale częściowo już drobną sylwetkę tej dziewczyny. Przytrzymuję jej dalsze ramię dłonią delikatnie zwracając co i rusz na coś uwagę. Przecież to nic wielkiego w zasadzie, przecież mieliśmy wszyscy iść jeszcze gdzieś potańczyć i wówczas pewnie mogłoby wszystko być jeszcze bliżej i też byłoby to czymś usprawiedliwione.
Ale i tak jest jakiś moment otrzeźwienia, bo łapię się na tym, że mówię już do niej z bardzo bliska, a nie tak jak przedtem pochylając się po prostu do wszystkich nad stołem. No dobrze, ktoś jest tu jeszcze, jeszcze ciągle rozmawiamy w grupce, choć małej. I uff, to nie ja tylko tak robię, przecież siedzę od początku tu gdzie siedziałem, ja nie zmieniłem miejsca tylko nieco pozycję, a ona parę godzin temu siedziała zupełnie gdzieś indziej. Ukradkowy rzut oka na inne osoby. Ten i ów już wyszedł, ktoś siedzi kawałek dalej i podobnie jak my tutaj w niewielkim skupieniu dyskutuje w podobnie intymnej atmosferze. Przy oknie dwóch gości ze szklankami – tam liczy się teraz tylko alkohol. Uspokajam się. Nikt się dziwnie nie patrzy, wszyscy roześmiani – może więc mam jakieś schizy zupełnie na zapas?
Coraz więcej alkoholu, coraz mniej hamulców wśród gości. Gdyby ktoś zamierzał być tak do końca porządny, powinien już wyjść do domu. Może dlatego też niektórzy już sobie poszli. Kolejne myśli, które na chwilę odrywają mnie od roztrząsania w miłym towarzystwie spraw zupełnie mało istotnych dla świata, a ważnych jedynie tu i teraz przez tę oto chwilę i na tej właśnie kanapie. Pomału robi się bliżej do rana niż do wieczora, a stan mojego umysłu systematycznie przestawia się z „przeminęło z wiatrem” na „poszło się jebać”. Trudno jest ocenić sytuację trzeźwo wiedząc bez wątpienia, że jednak jest się pijanym. Ale staram się, naprawdę bardzo się staram nie przegiąć w sposób niezdrowy i nieodwracalny. Mimo stanu już dość poważnego alkoholowego odurzenia walczę ze sobą, żeby się nie zeszmacić. I siebie, i przy okazji tej dziewczyny nie urazić, nie zrobić czegoś, z czym mogłoby być jej przykro, mogłaby być zła, albo zwyczajnie dać mi ze słuszną racją w gębę. Ale ona też nie jest do końca trzeźwa już tego wieczoru, a ja skoro to widzę – jak zawsze mam obiekcje za siebie i wszystkich wokoło. Głupi jestem pod tym względem – tak sobie myślę otumaniony – być może nie takie fajerwerki w życiu przeszły mi koło nosa, ale tak mam, na pewne rzeczy sobie nie pozwolę. Mogę się napić i być pijany, w zasadzie to po to dzisiaj tu jestem, ale inne atrakcje zdecydowanie muszą zostać w ramach kontroli. Naprawdę ciężko walczyć ze sobą będąc w tym stanie. Wiem, bo na tyle starcza mi świadomości, że żadnej granicy tu nie przekroczę, ale wiem też, że jestem nieopodal krawędzi i wyjątkowo małą chęć mam żeby się kontrolować. Dobrze przynajmniej, że mam świadomość, iż w takim stanie nie zupełnie już da się panować nad sobą. Staram się wyhamować nieco, uspokoić rozpędzone myśli. Wysyłam ukradkiem sms-a po umówiony samochód. Przesuwam prawą rękę wyżej, żeby nie uwiesić się na dziewczynie jak gówniarz. Biorę kilka głębszych oddechów, jest lepiej. Ale zanim skończy się to spotkanie, to jeszcze prawie godzina, jeszcze jedna czy druga miarka, jeszcze trochę dyskusji uleci.

* * *

Przypominając sobie to wszystko stwierdzam z satysfakcją, że udało mi się jakoś bezpiecznie dojechać na czas i do celu, a głowa powoli przestaje mnie boleć. Jeszcze tylko przypominają mi się zupełnie końcowe akordy wczorajszego wieczoru, a raczej dzisiejszego wczesnego ranka. Pamiętam jak tłumacząc coś dobitnie siedzącej obok kobiecie o pięknych nogach,  łapię się na tym, że - chyba dla podkreślenia wymowy – akcentując kolejne słowa, dotykam wskazującym palcem jej uda. Spoglądam w dół jakbym sam do tej chwili nie był w ogóle tego świadomy – i widzę – jak dziwnym przypadkiem opieram ten palec prawie co do sylaby na skraju krótkiej sukienki, w dwóch trzecich jej uda. Nieco mnie to zaskakuje i przeraża zarazem, ale dotyk ciała przez elastyczną powłokę czarnych rajstop lub pończoch, o które i tak jej w tym miejscu i czasie nie podejrzewam – jest tak wyjątkowy, że przełykam ślinę. O tak, to mój fetysz, podobnie jak szpilki – raczej typowe dla 90% facetów. Ale natychmiast trzeźwieję – nie wolno, miałem nic więcej nie robić – tylko dlaczego wydaje mi się, że przed chwilą całą dłonią trzymałem jej szczupłe udo? Zawstydzam się sam przed sobą… tak było, czy mi się wydaje..? No, nie wiem…

skomentuj (6)

2011-09-21 13:49:14
* * *
Zdarzenie prawdziwe. Moja dziecina przyniosła ze szkoły...

Lekcja w klasie, która nieubłaganie zbliża się do końca podstawówki. Już było o tym "gdzie spędziłeś wakacje", więc teraz plany na przyszłość. Pani pyta różne osoby o ich plany co do dalszej edukacji, tego kim chcieliby być, itp.
Zapytany chłopiec z zapałem i wielkim przekonaniem zapewnia, że jego pasją jest piłka nożna, już od dawna trenuje w lokalnym klubie i z tym sportem chce wiązać swoje plany. W tej opowieści pada, wypowiedziane bardzo dumnie i butnie zdanie, brzmiące mniej więcej tak:
- Zrobię wszystko żeby dostać się do piłkarskiej reprezentacji Polski!
Na to wszystko odzywa się spośród klasy jakaś dziewczynka, która jak to dziewczynka, na sporcie znać się nie musi, ale jak każdy ogląda telewizję...
- Jak to? Przecież wszyscy jesteśmy drużyną narodową...

* * *

Do produktów z Biedronki mam spory dystans (nie uważam, że to sklep dla biednych, ale jeżeli mogę sobie na to pozwolić, to po prostu wolę zazwyczaj zapłacić trochę więcej i kupić produkt wyższej jakości, aniżeli ten "wyprodukowany specjalnie dla sieci Biedronka"), ale jeśli chodzi o ich reklamy, to ode mnie zdecydowanie złoty medal dla tych państwa.
skomentuj (1)

2011-09-19 17:48:50
* * *
Książkę zgubiłem.
W domu.
Chyba.
Chyba, bo nie przypominam sobie żebym ją gdzieś wynosił.
Na pewno nikomu jej nie pożyczałem, bo sam byłem ledwie w połowie czytania.
Teraz chciałbym doczytać i nie mogę, więc mnie to złości.
Szukałem, ale nigdzie nie mogę znaleźć.
Pytałem, ale nikt nie widział.
A ona musi być w domu...

Ktoś powinien wymyślić jakąś wyszukiwarkę tego co jest w domu...
Taki na przykład gugle-home jakiś...
By sobie można było wpisać w okienku tytuł, albo autora, albo najlepiej opisać kolory i wygląd okładki i sruuuuuuu... wyszukiwarka by zaraz wylistowała wszystko co mam w domu i pasuje do opisu. Oczywiście wskazałaby też lokalizację...
Ktoś to wymyśli niebawem. To bardzo przydatna rzecz by była.

I najlepiej w pakiecie z tym jakieś oprogramowanie do tego, że jak się zamknie i otworzy ponownie szufladę, to szuflada się zresetuje i wczyta prawidłowo wszystko co w niej jest, a co się nie odpaliło za pierwszym otwarciem.
Siaaaach! - Otwieram - nie ma pióra.
Łup! - zamykam.
1, 2, 3... Siaaach! - Otwieram - jest pióro...

Ktoś to musi wymyślić.
skomentuj (0)

2011-08-01 21:10:45
* * *
Są chwile kiedy mi się nie chce. Nie takie, że mi się nie chce, bo nie mam ochoty, ale takie kiedy mam naprawdę dość tej roboty. Z jednej strony widzę idiotyczne pomysły i nowe debilne procedury, których jedynym sensem istnienie jest w moim odczuciu wykazanie jakimś przełożonym, że ich autor bardzo mocno pracuje i wykazuje się w pocie czoła. Zatruwają potem swym debilizmem wszystkich, których nieszcześliwie muszą dotyczyć. Chore projekty, któe albo są zakamuflowanymi przekrętami na wysokim szczeblu, albo szczytem bezmyślności, o którą jednak trudno posądzać osoby wysoko postawione w takich firmach, więc odpowiedź podpowiada się sama. Kamuflowanie własnych błędów przez osoby niekompetentne i próby wpuszczania w kanał tego co ważne, a niewygodne przy jednoczesnym odwaracaniu uwagi tematami zastępczymi. To wszystko zazwyczaj znoszę i traktuję jako pewnego rodzaju normę, z którą po prostu w dużej firmie trzeba nauczyć się żyć i lawirować między tym wszystkim dbając o interesy tego kawałka rzeczywistości, z który się odpowiada i swoje własne przy okazji, a jednocześnie staram się zachować tak, żebym mógł postępować zgodnie z jakimiś tam zasadami. Własnymi zasadami, bo te okazują się zazwyczaj i tak najsurowsze.
Ale kiedy czasem, tak jak dziś, jadę na ważne spotkanie do klienta, i kiedy po ponad godzinie rozmowy, kiedy to w pełni wczuwając się w rolę, ze skupieniem i uwagą wysłuchuję najważniejszej osoby w tej firmie, przed którą wszyscy obecni na spotkaniu kłaniają się w pas ze strachu, a ja po kilku zdaniach wiem, że jest niezorientowana w istocie rzeczy, a jedynie po łebkach coś tam liznęła i tak naprawdę głównym celem tego teatru jest poakzanie kto tu jest najważniejszy, kiedy mam już zanotowaną całą litanię tematów z wykrzyknikami, prac domowych, zadań, zapytań, kwestii kluczowych, performanceów i innych bzdetów, kiedy czekam grzecznie i uprzejmie aż wypruje się mój rozmówca do końca ze wszystkim co mu leży na wątrobie i z pełnym profesjonalizmem zobowiązuję się do sumiennego zweryfikowania zagadanień oraz do osniesienia się w krótkim czasie do wszystkiego tego na piśmie, więc kiedy to wszystko już zostało przepracowane, omówione, wylane wszystkie żale, pomyje, zarzuty, projekty, zastrzeżenia, obawy i nadzieje, a ja już to wszystko przyjąłem godnie na klatę, a dzieje się tak, że wyciągam ostatnią zadrukowaną kartkę, którą ze sobą przywiozłem i zupełnie spokojnie, rzeczowo mówię po chwili ciszy, która służyła wszystkim obecnym do tego by upewnić się, że nie mają mi więcej nic do wrzucenia, mówię, że korzystając z tego spotkania chciałbym poruszyć też jedną jedyną kwestię, która dla mojej firmy jest problemem - a mianowicie - nie płacicie Państwo w terminie...
Nie płacicie, a są to duże kwoty i długo bardzo zalegacie z ich spłatą, i zestawienie pokazuje, że coraz dłużej, co jest niepokojącym dla mnie sygnałem...
Więc kiedy to wyciągnąwszy na stół i przedstawiwszy rozmówcom słyszę od najważniejszej osoby w tym gornie, że: "ale ja nie widzę powodu, żebyśmy omawiali ten temat, bo to nie jest dla nas problem", i odtwarzam sobie w zwolnionym tempie, w myślach jak można być tak bezgranicznie bezczelnym - "nie będziemy tego omawiać, ponieważ to nie jest DLA NAS problem", to mi się odechciewa chcieć czegokolwiek.
Czuję całkowitą bezradność. Nic, kompletnie nic już dać z siebie nie mogę wobec tak postawionej sprawy. Kto bywał w takiej sytuacji dociekając nie swoich pieniędzy, ten być może wie jak to się odczuwa. Ja wiem, że choćbym się w spodnie zesrał, to nic tu nie zrobię, a zbiorę potem i tak całe gówno z obu stron barykady.
Już nawet nie chodzi o to, że to zwyczajny brak taktu tak się zachować, że to oznaka całkowitego lekceważenia, a ja wiem, że nic nie udowodnię, bo wszelkie sankcje obrócą się przeciw mnie - nie wolno mi odpalić takiego (TAKIEGO) klienta.
Mam ochotę oszczać to wszystko i wyjść. Nie chce mi się...
Oby los był łaskawy i pozwolił się w jakimś przyszłym życiu odegrać...
Takie mendy są prawie zawsze poza zasięgiem.
skomentuj (5)

statystyka