![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
2012-02-27 14:12:32 * * * Do kina się wybrałem z P. wczoraj. I myślę sobie od tej chwili o tym co oglądałem, a i nie tylko o tym. Więc w sumie dobrze jest. Dobrze, bo efekt jakiś się pojawił w postaci tego myślenia nad różnymi kwestiami, a to najważniejsze żeby się nad jakimś problemem czasem pochylić. "Sponsoring" Szumowskiej oglądaliśmy. Myślę drugi dzień, bo od wczorajszego wieczora i wiele rzeczy mnie zastanawia. Na przykład zastanawia mnie to, kiedy ostatni raz byłem w kinie nie wiedząc po co tam idę i jaki w ogóle będzie film, o czym. Okazuje się, że pamiętam - było tak w podstawówce, kiedy czasem zamiast lekcji szło się do kina ze szkołą i wiadomo było, że najwazniejsze z tego wszystkiego jest właśnie to, że szło się do kina. Zastanawiałem się nad tym i przypomniało mi się, bo całkiem sporo ludzi z seansu wyszło w trakcie i jako, że tempo akcji nie było imponujące, to miałem nawet chwilę za każdym razem aby rzucić okiem i zaobserwować kto wychodzi. Różne osoby wychodziły. Młodsi i starsi, pary, pojedyncze osoby i grupki nawet. Każdy z nich mnie zastanawiał, ale mianownik jeden wydawał mi się wspólny i raczej pewny - nie wiedzieli na jaki film się wybierają, a w efekcie byli rozczarowani. Denerwuje mnie to, bo jak dla mnie to sami są sobie winni. Nie chcę bronić filmu, bo być może był słaby. Być może - bo jak mam być szczery - to nie wiem. Ale skoro mnie on zainteresował i chciałem zobaczyć go w kinie, to obejrzałem cały. Chodzenie do kina na film przypadkowy, na co się trafi - jest dla mnie ogólnie nieporozumieniem, które potrafię uznać jedynie w wypadku nagłego pomysłu dotyczącego na przykład jakiejś nowej komedii - więc wizyta na zasadzie - pójdźmy się rozerwać. To jedna z kwestii otoczki, ale nie jedyna. Jak idę na "Avatara" czy "Gwiezdne Wojny" to chętnie kupuję popcorn i colę, ale idąc na taki film jak wczoraj - raczej nie. Nie, bo idę w innym nastroju i po inny nastrój niż chrupanie. Raczej skupiony jestem na filmie dość mocno, a popcorn by mi nie smakował i raczej przeszkadzał. I tu znów kłania się pytanie - czy państwo wiedzą po co i na jaki film idą do kina czy decyduje o tym przypadek? Generalnie stwierdziłem - zresztą nie po raz pierwszy i nie ostatni zapewne - że jestem nietolerancyjny, czepiam się i w ogóle. Zaczynam nie lubić kina. Chyba, że siedziałbym w nim sam, albo wśród osób, które przychodzą tam z podobnym zamiarem jak ja, a to raczej nie jest możliwe do osiągnięcia. Więc atmosfera wokół mnie raczej męczyła. Cóż... pamiętam jak ktoś mi opowiadał, że kiedyś na "Szeregowcu Ryanie" siedziała koło niego rozjazgotana grupka nastolatków, którzy darli ryja, buchali w kartonach z popcornem i siorbali głośno colę, ale... tylko do momentu kiedy skończyły się reklamy i pokazano lądowanie Aliantów na plaży Omaha. Parę dobrych minut pełnokrwistej rąbanki i młodzieży popcorn przestał smakować. No nic, tu takiego wejścia nie było, ale z moich ukradkowych obserwacji i tak popcorn średnio wchodził oglądaczom. Po wyjściu z kina, w drodze powrotnej P. powiedziała znamienne słowa - w sumie to gdyby mnie ktoś spytał czy byłam na dobrym filmie, to nie wiem co powiedzieć... O.K., więc wydaje mi się, że to zasadniczo nieźle o tym filmie jednak świadczy. Znaczy się - jest myślenie, zostaje coś w głowie i przed oczami. Ale to trochę by było jednak gloryfikowanie tego obrazu, według mnie... Dlaczego? Zanim sam zdążyłem sobie okreslić odpowiedź, znów P. dała mi ją na tacy mówiąc: można odnieść wrażenie, że przesłanie filmu brzmi - każdy facet zdradza i winna jest temu kobieta. A jeśli nie chce do tego dopuścić to ceną może być upodlenie, które i tak niczego nie gwarantuje. Chciałem oponować, ale było mi trudno. W pierwszej chwlili stwierdziłem, że jej opinia jest spojrzeniem z odwrotnej strony niż to, co prawdopodobnie miało być w tym filmie podkreślone, ale po przemyśleniu coraz bardziej się z nią zgadzam. To nie ona spojrzała na problem od dupy strony, ale chyba raczej Szumowska od dupy strony go pokazała. Skoro robiła film, który nie jest dokumentem, to miała jakieś własne myśli jednak do przekazania, ale mnie z tego wyszedł trochę chaos. Bo chwilami jest całkiem dobrze, ale równie często zdarza się, że odczuwałem jakieś dziwne przegięcie pały. Ważna kwestia, która jest nieco z boku, a ma duże znaczenie - wrażliwość kobiety a wrażliwość mężczyzny. Na tej płaszczyźnie film, że tak powiem - płcią - odbiera się chyba zupełnie różnie. Po przemyśleniu wszystkiego jeszcze raz stwierdziłem - P. miała rację - dla niej przekaz został dany dość jasny - jeśli jesteś kobietą w stałym, zaawansowanym czasowo związku, pełnym już różnych zaszłości, wzlotów i upadków, z pewnym bagażem przeszłości i bagażem teraźniejszości, typu kredyty, dzieci, praca i tysiąc podobnych, to bądź pewna, że twój facet interesuje się innymi kobietami, że ma całe litanie marzeń, wyobrażeń, pragnień do spełnienia w łóżku, które chciałby z nimi zrealizować - a bardzo jest również możliwe, że to robił, robi lub będzie robił niedługo. I co najważniejsze - w zasadzie to twoja wina. Twoim kosztem może być upodlenie, postępowanie wbrew sobie, a i tak nie masz gwarancji na nic. Tylko, że w tym właśnie aspekcie film poszedł zupełnie inną drogą niż wydawałoby się, że miał iść w zamierzeniu. To nie jest film o sponsoringu. To jest film o poważnym problemie jaki dotyka - jak sądzę - większości ludzi. O wierności, znudzeniu, rutynie, konflikcie norm moralnych z pragnieniami i instynktami. Jest też o różnicach płci i o tym jak bolesne te różnice miewają konsekwencje gdy przestaje się udawać, że nas nie dotyczą. Szkoda tylko, że pod tym względem ten film zatrzymał się w jakimś dziwnym rozkroku pomiędzy zagadnieniem wyjściowym, którego miał dotyczyć, a tym o czym faktycznie zaczął opowiadać i też nie skończył. Więc w moim odczuciu wielki plus, bo ktoś się wreszcie z tym zmierzył (być może nieco przypadkiem) i nie poległ, choć do rozgryzienia tematu jeszcze bardzo daleko. Ale z drugiej strony - klapa, bo sponsoring stał się w efekcie tylko narzedziem do pokazania spraw o wiele bardziej poważnych i trudnych. A przecież miał być główną treścią. Może więc to jest troche jak brak odpowiedzi, który też jest odpowiedzią? Mimo wszystko wydaje mi się, że nie. Zanim obejrzałem film słyszałem, czytałem, że to świetna kreacja młodej dziewczyny (nie wiem jak się nazywała ta polska młoda aktorka), że może jej to otworzyć drogę do wielkiej kariery, bo świetna, odważna kreacja... Bla, bla, bla... Powiem tak - Juliet Binoche w roli pani redaktor - zdecydowanie ciągnie cały film. Od zdecydowanych zachowań, po minimalne gesty pojedynczych mięśni na twarzy - i być może tu jest siła i słabość tego filmu jednocześnie. To jest film o jej postaci, reszta jest tłem. Te dwie młode dziewczyny generalnie dają radę, ale według mnie tylko tyle. Dlaczego P., ale nie tylko ona, bo mnie się przecież to też udzieliło - miała wrażenie, że problematyka jest strasznie mroczna, koszmarnie ciężka, że to co pokazane boli wręcz fizycznie? Bo to film o poważnych problemach, a nie o pierdołach jakimi jest sponsoring. I tędy chyba należałoby pójść. To jest dobry film o trudnych sprawach, ale chyba za łatwo ulegamy marketingowemu chwytowi jakim kupują nas reklamy. Sponsoring - w tytule. A oryginalny tytuł "Elles" (One) dużo mniej mówi o treści i dużo bardziej pasuje do obrazu. Ale pewnie gorzej by się sprzedał i te kilknaście kupionych biletów na każdy seans nie lądowałoby w wyniku przedwczesnego rozczarowania w koszu. Marketingowo jednak ktoś zagrał dobrze skoro tych dodatkowych widzów zwabił. Nie ważne, że nie obejrzeli do końca i nie zjedli popcornu. Kasę przecież wydali. To dobry film jest - tak uważam. skomentuj (2) 2012-02-16 13:50:52 * * * Wiele razy miałem ochotę o tym coś napisać, ale... trochę mi się nie chciało, bo to takie po prostu zebranie do kupy pewnych oczywistych faktów, które w zasadzie nic nowego nie wnosi do sprawy, ale skoro ktoś to tak zgrabnie ujął, to pozwolę sobie zacytować za onetem (cytat z komentarza, bo jak wiadomo często w internecie jest tak, że sam artykuł - i tak było w tym przypadku - gówno wnosi do sprawy - ale komentarze pod nim bywają skarbnicą wartościowych wypowiedzi; oczywiście debilnych często też) i podpisać się obydwiema rękami i nogami... Dawno nie czytałem tak tendencyjnego artykułu na onecie!!! (artykuł o zdrowym trybie życia Marrit Bjorgen - norweskiej zawodniczki uprawiającej biegi narciarskie - przyp. a.) Czyżby, zdaniem autora, mamy zacząć piać peany na temat Bjoergen i jej zadufanych w sobie rodaków? Argumenty o propagowaniu zdrowego trybu życia przez Norweżkę są totalnie bzdurne. Nie znam bowiem w historii sportu przypadku zawodnika, który przed przyłapaniem na stosowaniu dopingu jawnie by się z tym obnosił, z reguły wręcz przeciwnie, nawet złapani za rękę wypierają się do samego końca, często nawet przy poparciu swoich federacji (vide ostatnio wreszcie zakończona sprawa Contadora). Dla mnie była, jest i będzie zawsze co najmniej podejrzana kwestia dziwnej zbieżności dat pomiędzy zgodą na stosowanie symbiocortu a ponowną eksplozją formy Bjoergen (może gdyby ta kwestia dotyczyła tylko Bjoergen patrzyłbym na sprawę inaczej, jednak po katastrofie kadry norweskich biegaczek na MŚ w Libercu nagle okazało się, że na astmę chorują wszystkie kadrowiczki bez wyjątku). Zawsze co najmniej podejrzana będzie dla mnie kobieta wyglądająca jak żywcem przeniesiona z dawnej reprezentacji NRD czy ZSRR. Co najmniej niesmaczny dla mnie jest również nacisk federacji Norweskiej na FiS i WADA, który doprowadził do skreślenia symbiocortu z listy środków zakazanych, gdzie przez wiele lat znajdował jako środek NIENATURALNIE wspomagający wydolność organizmu. I na koniec, dopuszczenie leków na astmę u sportowców uprawiających sporty wytrzymałościowe zawsze budziło moje wątpliwości. Ich dopuszczenie w sportach zimowych jest jednak w sposób szczególny dwuznaczne. Jednym z głównych sposobów działania środków przeciwastmatycznych jest bowiem przeciwdziałanie powodowanemu chorobą obkurczaniu się oskrzeli. Problem w tym, że zjawisko obkurczania się oskrzeli jest również naturalną reakcją obronną organizmu w niskich temperaturach. Jak mogą zatem uczciwie rywalizować zawodniczki u których zjawisko to nie zachodzi w związku z przyjmowanymi lekami, z tymi u których obkurczenie zachodzi w sposób naturalny, zmniejszając pojemność oskrzeli i płuc (w niektórych przypadkach nawet o 30% co podczas badań lekarskich mogłoby już być zakwalifikowane jako astma) a co za tym idzie wydolność organizmu?" Nooooo... W zasadzie wszysto co trzeba zebrane do kupy i podane w pigułce. Biegi narciarskie nie są zbyt pasjonującą ani ekstra widowiskową konkurencją, ja jednak - jako miłośnik wszelkiej sportowej rywalizacji - oglądam je dość często odkąd Justyna z Kasiny się w tych biegach liczy. Oglądam, bo uwielbiam to uczucie gdy Polska wygrywa (może być i w bierki, albo w cymbergaja - obojętnie, ale Polska wygrywa). działa to na mnie, przeżywam emocje, denerwuję się i cieszę na koniec, a w wypadku tych zawodów naprawdę często jest z czego się cieszyć. Przekręty Norwegów drażnią mnie bardzo mocno, tym bardziej, że nikt nie jest w stanie za wiele im zrobić, bo to sport zdominowany przez nich. Mają swoich ludzi w federacjach, mają wpływy, słowem trzęsą tym sportem. Oprócz tego mają też całą masę sprzyjających naturalnie warunków do narciarstwa - od warunków naturalnych tego kraju do poniekąd wynikających z tego tabuna talentów narciarskich. I właśnie to co z tego wynika uwielbiam. Wychodzi dziewczyna z Polski, i zapieprza tak na tych nartach, że pokonuje cały batalion napakowanych koksem terminatorów. Widać po niej wysiłek, ludzkie słabości, niesamowitą walkę, ambicję i chęć pokonania Goliata. I co? I udaje się raz za razem. Nie zawsze, nie we wszystkich możliwych zawodach, ale na tyle często i na tyle bolesnie, że terminatory powinny się zawstydzić. Ale nie mają tej opcji zaprogramowanej, więc tylko robią durne miny. A Justyna wywala fortepian zębów w uśmiechu od ucha do ucha. Uwielbiam to uczucie - i jak w reklamie coca-coli - niemożliwe staje się możliwe, tyle że smakuje o niebo lepiej. Justyna z Kasiny vs. T1000 z norweskiego laboratorium ...i Polak daje radę. skomentuj (0) 2012-02-03 17:55:52 * * * Nie lubię Rutkowskiego. nie wiem czemu dokładnie, ale nie lubię. Cwaniak, gracz, pozorant. Dużo szumu wokół siebie to podstawa. Kiedy pierwszy raz oglądałem program, w którym mówiono o zagnięciu tego dziecka, starałem się bardzo dokładnie przyglądać rodzicom. To mnie interesuje. Od dawna i od dawna staram się ludziom przyglądać interpretując ich zachowanie. Nie umiem za wiele, to trudne. Przez to, że tak trudne i złożone, tym bardziej mnie wciąga i interesuje, ale też postępy wcale nie są łatwe i będąc zbyt słabym można się często mylić. Obejrzałem program, potem jeszcze inne kilka razy. Zdjecia w sieci, czasem jakiś kawałek relacji w internecie sobie odtworzyłem ze dwa razy. Nie mam w zasadzie świadków i nie o to tu chodzi, ale jednej osobie powiedziałem bodajże następnego dnia - "myślę, że matka ma coś za uszami". Dwie rzeczy, które uważałem, że u niej widzę, to nieszczerość i strach wobec osób wyjaśniających sprawę. Kompletnie nie miałem pomysłu co się mogło stać, ale chodziła mi po głowie wciąż jako osoba, której postawa przejawia fałsz i strach. Strach można było sobie wytłumaczyć, ale zastanawiało mnie to, że nasilał się podczas relacji z osobami, które teoretycznie służyły jej pomocą (policja, detektyw). W zasadzie mógłbym powiedzieć, że zgadłem. Taki mały powód do dumy, choć gorzki temat. Dopiero potem pomyślałem, że w zasadzie nie znam ani słowa z wypowiedzi tej matki. Ja jej wcale nie słuchałem i nie czytałem co mówiła. Przyglądałem się tylko jak się zachowuje. Inna gorzka refleksja... Zgodnie z obietnicą ktoś powinien jej teraz wypłacić nagrodę, a sąd uniewinnić. Słowo się rzekło. skomentuj (0) 2011-12-20 20:34:05 * * * Kim Dzong Il i Vaclav Havel... Hmmm... Jakaś równowaga musi być na świecie... Końcówka roku miała być już wreszcie spokojna. Miała po prostu nadejść i dać wytchnienie, chwilę odpoczynku przed wariactwem kolejnego roku. Wyniki, choć trudne, w zasadzie pewne i bezpieczne, zrobiona górka której sam grudzień nie może pożreć, układanie paru spraw organizacyjnych, wyhamowanie przed kolejnym rozpędem. I już pomału zaczynałem być zadowolony i spokojny. Ale coś musiało pierdolnąć. Jechałem sobie na służbowe spotkanie, zerkałem ukradkiem na moje ulubione służbowe nogi, w krótkiej jak zawsze sukience, które zabrałem na spotkanie z kontrahentami i cieszyłem się perspektywą całego dnia w tym przedświąteczno-spowalniająco-subtelnie seksownym nastroju, aż tu nagle sru! Telefon od szefa odebrany w drodze i po dwóch minutach rozmowy nie chce mi się już dalej jechać. Ba, nie chce mi się już nawet przez pomyłkę położyć dłoni na zgrabnym kolanie pasażerki zamiast na drążku skrzyni biegów. Zmienia mi się struktura w firmie. W związku z dynamicznym rozwojem przepną od Nowego Roku moją placówkę do innej strefy terytorialnej. W kierunku zupełnie mi do niczego niepotrzebnym. Nie lubiłem Warszawy jako takiej, ale... aaaa, szkoda gadać. Na zachód teraz będę miał do swojego nowego szefostwa jeździć. A już myślałem, że niedługo na jakiejś kawie się książkami wymienię z pewną Panią. Więc chyba nie tak znów szybko może się trafić okazja... Szkoda. Szkoda - jest zupełnie nieadekwatnym słowem do tego co mam na myśli. Ale jeśli miałbym na spokojnie spojrzeć na tę zamianę z boku, to powinienem wzruszyć ramionami i właśnie powiedzieć - szkoda. Szkoda nawet nie tej wspomnianej, prywatnej, ale też całej masy, ogromnej wręcz masy, zazwyczaj bardzo dobrych znajomości. Znajomości budowanych przez kilka ładnych lat. Szkoda wódki wypitej w całkiem niezłym towarzystwie i żal za naprawdę dobrym szefostwem. Jeszcze się z nimi pewnie spotkam raz jeden w styczniu, ale potem już będę miał innych pryncypałów. Kurwa, tak się już wgryzłem w to fajnie i zgrabnie. Może nie było lekko, ale narzekać nie mogłem. Teraz zaczynam sobie wyobrażać to wszystko od nowa to ręce mi opadają. Nie mam ochoty. Zwyczajnie nie chce mi się zmieniać dobrego na nieznane. Może będzie dobrze, a może chujowo - tego nie wiem, ale przeczucia mam raczej kiepskie. Niby będę dalej w tej samej firmie, ci wszyscy ludzie nadal tam będą, ale w innej konfiguracji zupełnie. Z częścią z nich kontakt urywa mi się w sumie nieodwracalnie. Najgorsze jest to, że głównie z tymi najlepszymi. Jakoś to do mnie nie dociera. I nie mam ochoty na to żeby dotarło. Jakbym zmianiał pracę. Będę miał zupełnie innych przełożonych, w innym miejscu, ludzi których kompletnie nie znam i nie kojarzę. A rok zapowiada się znów trudny. Źle to jakoś wróży... To gdzie ta równowaga w przyrodzie..? Jakieś przeciwstawnie dobre zdarzenie? skomentuj (0) 2011-11-28 17:28:21 * * * Ciężkie przebudzenie po długiej nocy o dość mętnej historii. Otwieram oczy słysząc jakąś krzątaninę w pobliżu. Niemal natychmiast percepcja boleśnie weryfikuje stan odczuwany we śnie z tym co tylko wydawało mi się, że może być łagodną sobotnią pobudką, a tym co w jednej sekundzie do mnie dociera. W głowie szumi, a zdrętwiały język odruchowo próbuje zwilżyć spierzchnięte wargi. Boli. Pierwsze przełknięcie śliny jest koszmarnie nieprzyjemne. Suche gardło wydaje się posypane piaskiem. Opadam więc na poduszkę i zamykam oczy. - Obudziłeś się wreszcie – słyszę gdzieś w pobliżu i ten głos mnie niepokoi. Ton zwiastuje kłopoty. Więc nic nie mówię i czekam na rozwój zdarzeń. - Pamiętasz, że jedziemy dziś przed południem? Będziesz w stanie? - Tak. Do południa na pewno – czuję coś dokładnie odwrotnego, ale szybkie zapewnienie, że jest O.K., ma szansę dodać mi jakieś punkty na starcie. Być może będę ich zaraz mocno potrzebował – jeszcze nie wiem. - To zbieraj się. Jest późno. * * * Impreza nieformalna ale w zasadzie firmowa. Chęć udziału wyraziło kilkanaście osób i tyle też się zjawiło. Miała być część „kanapowa” z alkoholem i przekąskami, a potem miała narodzić się w grupie dalsza idea na resztę wieczoru. Przewidywano jakiś klub, ale nic z tego ostatecznie nie wyszło. Podejrzewam, że chęć napicia się i oderwania od ciśnienia ostatniego miesiąca w pracy była w większości osób silniejsza niż wola skakania na parkiecie. Przynajmniej ja byłem wśród tych osób na pewno. Jadąc na obiecany i z dawna umówiony wyjazd pomału analizuję ten wieczór. Staram się nie rozpraszać i mało gadać. W głowie mam jeszcze bałagan, więc mam wymówkę do milczenia. Jadę jakimiś mniej znaczącymi drogami, żeby się niepotrzebnie nie narażać i nie pchać w duży ruch. Absolutnie nie powinienem jeździć w takim stanie. Może i nic bym już nie wydmuchał na alkomacie, ale mój stan daleki jest od tego w jakim powinien być kierowca. Ostatni miesiąc to jedna niekończąca się masakra w robocie. Szał bez końca. Gdyby było nas o połowę więcej – wszyscy mieliby pełne ręce roboty. Ilości, presja czasu, kasy i fakt, że tak bez wytchnienia przez kilka tygodni, a do tego nieuniknione wpadki i systematyczne pioruny na głowę jak nie od klientów to od przełożonych, wyczerpują naprawdę mocno. Już kilka lat temu zrozumiałem, że problem z odreagowaniem wśród ludzi pracujących pod dużym ciśnieniem jest naprawdę poważną sprawą. Przez tydzień zarzynają się w pracy, a przez weekend upadlają się do ostatnich oznak życia alkoholem, prochami, łatwym bajerem w klubach czy gdziekolwiek indziej, żeby na trochę oderwać się i zapomnieć, bo wiadomo, że w poniedziałek będzie wszystko to samo i od nowa. A może jeszcze trudniej i gorzej. Zależnie od konstrukcji psychicznej, finał bywa różny, ale potrafię sobie wyobrazić ich motywację i potrafię przynajmniej w jakimś stopniu to samo poczuć. Chciałem się przede wszystkim napić. Klasyczne dążenie do wciśnięcia resetu i niech przegrzany system odpocznie chwilę zanim się znów pozbiera. Sądząc po innych – chyba pomysł wspólnego wyjścia był nie tylko moim marzeniem. Tym bardziej, że dawno nic razem nie organizowaliśmy, a w pracy już niektórzy jawnie skakali sobie do oczu. Czuć było ciśnienie pod niejednym deklem. Chyba to właśnie było powodem tak odważnego podejścia uczestników. Pamiętam doskonale moment, kiedy sięgając po pierwszą przyniesioną przez obsługę butelkę wódki, i wyjmując ją niemalże z radością z pojemnika z lodem zapytałem jeszcze z troską: - Dziewczyny, na pewno nie chcecie jakiegoś innego alkoholu? – Nie chciały. Potem było prawie jak w piosence - było miło, wieczór płynął… tylko, że nie fanki, a my sami nalewaliśmy sobie systematycznie do szklanek. Gdzieś w rogu migotał i krzyczał jakiś popularny kanał muzyczny w uwieszonym pod sufitem telewizorze. Obsługa donosiła butelki, ubywało jedzenia. Panie przez jakiś czas piły kieliszek na dwa, nawet trzy razy i nie chciały żeby im w trakcie dolewać – tak, żeby mieć kontrolę. Z czasem kontrola zanikła. Rozmowy, śmiech – czas płynie – jest dobrze. Wesołe twarze wokoło. Kameralny zakamarek lokalu tylko dla nas. Od czasu do czasu przypadkiem się ktoś obcy przewinie i zaraz znika. Wygodne kanapy, niewielkie grono i rozmowy w coraz węższych podgrupach. Nikt już nie pamiętał o tym, że mieliśmy stąd iść gdzieś dalej, albo może pamiętał, ale o tym, że „pójdziemy później”. To nic, że już bardzo późno. Siedzimy, jest dobrze. * * * - Strasznie głośno gadałeś w nocy – nagłe zdanie wyrywa mnie z rozmyślań. Nagłe i znów brzmiące jakoś niemiło. Nie wiem czy lepiej poczekać na rozwinięcie, czy zapytać od razu co mówiłem. Lepiej, żeby nie było to nic co pamiętam, że mi się śniło. Krótki czas na reakcję – wolę chyba zapytać, bo i tak sądzę, że chwila ciszy to też świadome podpuszczanie dla mnie. - Gadałem? A co mówiłem? - No właśnie nic się nie dało zrozumieć. - Pijany byłem, to bełkotałem coś pewnie. * * * Od początku wiedziałem, że wcześniej czy później wyląduję gdzieś w jej pobliżu. Oprócz tego wszystkiego co o niej wiem, i że jest to charakterologicznie chyba dokładne przeciwieństwo mojego ideału kobiety, wiem też, że jej seksualność potrafi być dla mnie obsesyjnie nieznośna. Uwielbiam jej nogi. Nogi przede wszystkim, ale nie tylko. Tyłek, ładne piersi przy drobnej sylwetce, płaski brzuch, kształt twarzy – taki jak lubię. To nie jest ideał piękna, ale to jest osoba, która jest dla mnie jak przysłowiowe ciastko do schrupania. Widzę w niej tylko walory seksualne – możliwe, że to wcale nie jest normalne. Bo to nie jest jakieś subtelne zainteresowanie, to pociąg fizyczny w najczystszej postaci. Jakiś atawistyczny, słabo poddający się kontroli i klasyfikacji prosty popęd, który nakazuje patrzeć na nią przede wszystkim jak na obiekt seksualny. Prawdopodobnie właśnie to jest powodem mojej słabości do niej, bo mimo różnych cech, o których wiem z całą pewnością, że mi nie odpowiadają, a w niektórych wypadkach są wręcz obiektywnie słabe – lubię ją. Strasznie prymitywna sytuacja. Co gorsze, przez to, że widzę ją od ładnych paru lat w zasadzie codziennie, prześladuje mnie w co najmniej połowie moich fantazji. Trudno jest odczuwać coś takiego i nie dać przez ten cały czas nic po sobie poznać. Jednak ograniczenia i wszelkie przesłanki „na nie” są zbyt duże i zdecydowane. Zdrowy rozsądek nie ma najmniejszych wątpliwości – tu nawet nie ma co rozważać bo nic kompletnie nie ma racji bytu. Tylko co mam poradzić na to, że każdym nerwem chcę tego ciała? To uciążliwe i nader przyjemne zarazem. Bo jak można odmówić sobie przyjemności służbowej rozmowy z tymi nogami, które usiądą co jakiś czas naprzeciwko mnie i zaprzątają moją uwagę, moją całkowicie wówczas służbową uwagę nie mniej niż sedno omawianej sprawy? Płyną słowa, coś tam jest załatwiane lub nie jest, jak to bywa w pracy, a noga przełożona przez nogę kołysze się zaczepnie w moją stronę celując stopą. Nie umiem zinterpretować jej postaw. Albo za mało wciąż wiem, albo jej gesty zawierają masę sprzecznych komunikatów. Ale jednocześnie wiem, że nie ma między nami jakiegoś żelaznego dystansu. Lubi mnie. Ja lubię jej nogi, a dopiero potem ją samą i jednocześnie sam siebie nie lubię za to prymitywne i perwersyjne lubienie. Doskonale przecież wiem jaka ze mnie świnia skoro myślę głównie o tyłku tej dziewczyny jako jej podstawowym atrybucie, ale nie umiem tego obejść czy wyeliminować. Możliwe, że gdyby o tym wiedziała, obiłaby mi twarz, ale ja przecież też zupełnie szczerze ją lubię. Jak to jest, że na początku takich imprez siedzi się grzecznie i rozmawia okrągłymi zdaniami o rzeczach może wesołych, ale równie nijakich, a potem zdarza się, że przychodzi nagle gdzieś moment – moment taki jak teraz – kiedy uświadamiam sobie, że nie tylko już dawno rozmawiamy w wąskim gronie o sprawach bardzo prywatnych, może nie skrajnie intymnych jeszcze, ale zdecydowanie osobistych, o stałych partnerach, o planach, o zdarzeniach śmiesznych, dobrych bądź złych i wreszcie tym, co jest jednym z najcwańszych wytrychów w damsko-męskich relacjach, czyli pytaniom na zasadzie – no i weź mi powiedz jak to jest skoro jesteś mężczyzną/kobietą, bo ja nie rozumiem/ja nie wiem u mojego partnera/partnerki, dlaczego jest to czy tamto. Nie, to nie jest super poważne, to jest wszystko na wpół żartem i na wpół tylko serio. Przy śmiechu, odrobinie drwiny, kpiny, niewinnej na pozór uszczypliwostki. Ale tematy nie biorą się same z siebie. O tak, absolutnie nie pojawiają się takie rozmowy przypadkiem – dociera to do mnie jako jakaś myśl poboczna gdy uzmysławiam sobie, że wcale nie siedzę już prosto i grzecznie, siedzę otaczając ramieniem jeszcze niby oparcie kanapy, ale częściowo już drobną sylwetkę tej dziewczyny. Przytrzymuję jej dalsze ramię dłonią delikatnie zwracając co i rusz na coś uwagę. Przecież to nic wielkiego w zasadzie, przecież mieliśmy wszyscy iść jeszcze gdzieś potańczyć i wówczas pewnie mogłoby wszystko być jeszcze bliżej i też byłoby to czymś usprawiedliwione. Ale i tak jest jakiś moment otrzeźwienia, bo łapię się na tym, że mówię już do niej z bardzo bliska, a nie tak jak przedtem pochylając się po prostu do wszystkich nad stołem. No dobrze, ktoś jest tu jeszcze, jeszcze ciągle rozmawiamy w grupce, choć małej. I uff, to nie ja tylko tak robię, przecież siedzę od początku tu gdzie siedziałem, ja nie zmieniłem miejsca tylko nieco pozycję, a ona parę godzin temu siedziała zupełnie gdzieś indziej. Ukradkowy rzut oka na inne osoby. Ten i ów już wyszedł, ktoś siedzi kawałek dalej i podobnie jak my tutaj w niewielkim skupieniu dyskutuje w podobnie intymnej atmosferze. Przy oknie dwóch gości ze szklankami – tam liczy się teraz tylko alkohol. Uspokajam się. Nikt się dziwnie nie patrzy, wszyscy roześmiani – może więc mam jakieś schizy zupełnie na zapas? Coraz więcej alkoholu, coraz mniej hamulców wśród gości. Gdyby ktoś zamierzał być tak do końca porządny, powinien już wyjść do domu. Może dlatego też niektórzy już sobie poszli. Kolejne myśli, które na chwilę odrywają mnie od roztrząsania w miłym towarzystwie spraw zupełnie mało istotnych dla świata, a ważnych jedynie tu i teraz przez tę oto chwilę i na tej właśnie kanapie. Pomału robi się bliżej do rana niż do wieczora, a stan mojego umysłu systematycznie przestawia się z „przeminęło z wiatrem” na „poszło się jebać”. Trudno jest ocenić sytuację trzeźwo wiedząc bez wątpienia, że jednak jest się pijanym. Ale staram się, naprawdę bardzo się staram nie przegiąć w sposób niezdrowy i nieodwracalny. Mimo stanu już dość poważnego alkoholowego odurzenia walczę ze sobą, żeby się nie zeszmacić. I siebie, i przy okazji tej dziewczyny nie urazić, nie zrobić czegoś, z czym mogłoby być jej przykro, mogłaby być zła, albo zwyczajnie dać mi ze słuszną racją w gębę. Ale ona też nie jest do końca trzeźwa już tego wieczoru, a ja skoro to widzę – jak zawsze mam obiekcje za siebie i wszystkich wokoło. Głupi jestem pod tym względem – tak sobie myślę otumaniony – być może nie takie fajerwerki w życiu przeszły mi koło nosa, ale tak mam, na pewne rzeczy sobie nie pozwolę. Mogę się napić i być pijany, w zasadzie to po to dzisiaj tu jestem, ale inne atrakcje zdecydowanie muszą zostać w ramach kontroli. Naprawdę ciężko walczyć ze sobą będąc w tym stanie. Wiem, bo na tyle starcza mi świadomości, że żadnej granicy tu nie przekroczę, ale wiem też, że jestem nieopodal krawędzi i wyjątkowo małą chęć mam żeby się kontrolować. Dobrze przynajmniej, że mam świadomość, iż w takim stanie nie zupełnie już da się panować nad sobą. Staram się wyhamować nieco, uspokoić rozpędzone myśli. Wysyłam ukradkiem sms-a po umówiony samochód. Przesuwam prawą rękę wyżej, żeby nie uwiesić się na dziewczynie jak gówniarz. Biorę kilka głębszych oddechów, jest lepiej. Ale zanim skończy się to spotkanie, to jeszcze prawie godzina, jeszcze jedna czy druga miarka, jeszcze trochę dyskusji uleci. * * * Przypominając sobie to wszystko stwierdzam z satysfakcją, że udało mi się jakoś bezpiecznie dojechać na czas i do celu, a głowa powoli przestaje mnie boleć. Jeszcze tylko przypominają mi się zupełnie końcowe akordy wczorajszego wieczoru, a raczej dzisiejszego wczesnego ranka. Pamiętam jak tłumacząc coś dobitnie siedzącej obok kobiecie o pięknych nogach, łapię się na tym, że - chyba dla podkreślenia wymowy – akcentując kolejne słowa, dotykam wskazującym palcem jej uda. Spoglądam w dół jakbym sam do tej chwili nie był w ogóle tego świadomy – i widzę – jak dziwnym przypadkiem opieram ten palec prawie co do sylaby na skraju krótkiej sukienki, w dwóch trzecich jej uda. Nieco mnie to zaskakuje i przeraża zarazem, ale dotyk ciała przez elastyczną powłokę czarnych rajstop lub pończoch, o które i tak jej w tym miejscu i czasie nie podejrzewam – jest tak wyjątkowy, że przełykam ślinę. O tak, to mój fetysz, podobnie jak szpilki – raczej typowe dla 90% facetów. Ale natychmiast trzeźwieję – nie wolno, miałem nic więcej nie robić – tylko dlaczego wydaje mi się, że przed chwilą całą dłonią trzymałem jej szczupłe udo? Zawstydzam się sam przed sobą… tak było, czy mi się wydaje..? No, nie wiem… skomentuj (6) |
|